sobota, 1 marca 2014

Od pierwszego wejrzenia.

- Naprawdę muszę zjechać? - spytałam załamana. Z najlepszą przyjaciółką przyjechałam w góry, na narty - a tak w sumie, to na snowboard - i dzisiaj miałyśmy zjeżdżać z bardzo stromego stoku. Nie byłoby w tym nic trudnego, obie umiemy dobrze jeździć, gdyby nie mój cholerny lęk wysokości. Mogę zjeżdżać z takich w miarę płaskich górek, ale z takiej stromizny? Nigdy w życiu.
- Ej, Rose, dasz radę! Przecież to tylko stroma górka, nic więcej. - Grace uśmiechnęła się do mnie szeroko. Jej to łatwo mówić, ona nie boi się wysokości.
- Okej, zjechać to jeszcze może i zjadę, ale co z wjazdem? Przecież ja się na tych krzesełkach zsikam ze strachu! Widziałaś jak tam jest wysoko? Jakieś 50 metrów! - mój głos powoli przeradzał się w pisk.
- Przesadzasz. Proszę, Rose, zrób to dla mnie. Możemy jechać powoli, możemy się nawet zatrzymywać, ale pojedź ze mną! Proszęęę. - zrobiła minę zbitego pieska. Wiedziała jak to na mnie działa, od razu się poddałam.
- Niech ci będzie, ale tylko raz. - miałam wrażenie, że Grace zaraz zacznie skakać z radości. No proszę, jak jeden mały zjazd umie zadowolić człowieka...
Powoli podjechałyśmy do szczytu stoku, wpięłyśmy buty w zapięcia i gotowe.
- Do zobaczenia na dole, łamago! - krzyknęła Grane i tyle ją widziałam. Po prostu super. Okej, Rose, dasz radę, to tylko mała górka, spokojnie. Dobra, to jedziemy. Powoli skierowałam przód deski w dół stoku i pojechałam. Tylko spokojnie, nacisk na lewą nogę, pochyl się do przodu, tak, dobrze, teraz to samo w drugą stronę, tak, jest okej, tylko się nie przewróć. Takim tempem zjeżdżałam w dół. Gdybym jechała szybciej, to... Pewnie bym się po drodze pozabijała, czy coś. Z nerwów popełniam dużo błędów, w sumie chyba jak każdy, nie?
- Hej, Rose! - usłyszałam i zaczęłam się rozglądać. Kto mnie do cholery woła w takim trudnym dla mnie momencie?! - Tu, na górze! - podniosłam głowę delikatnie do góry. Ach tak. Grace. No, bo kto inny mógłby mnie teraz wołać? - Przepraszam, że nie zaczekałam, zobaczymy się na górze! - chwila moment... Ona już tam jest?! To jak ja niby mam się teraz nie bać?! Przecież ja tam nie wejdę... Zaczęłam zsuwać się na desce, znowu w dół, z tym, że teraz z dużo większym strachem. Przecież ja nie dam rady. Wywalę się, spadnę i będzie po mnie... Dobra, muszę spróbować. Jeszcze raz, pochyl się do przodu, przesuń na przednią krawędź, potem pochyl do tyłu, na tylną i... Dobiłam do kogoś. Podniosłam wzrok i zobaczyłam parę wpatrujących się we mnie intensywnie oczu.
- Nic ci się nie stało? - powiedział wysoki brunet o czekoladowych tęczówkach. Przez chwilę nie wiedziałam co powiedzieć, jego oczy...
Rose, ogarnij się!
- Nie, wszystko w porządku, chyba. A tobie nic się nie stało? W końcu to ja na ciebie wpadłam. - zawstydzona spuściłam wzrok. W końcu nie na co dzień rozbijam się o takiego przystojniaka. Chłopak uśmiechnięty pokręcił głową.
- Nie, jest okej. - powiedział i pomógł mi wstać. - Do zobaczenia, może się jeszcze spotkamy! - krzyknął, machając mi na pożegnanie i uśmiechając się przepięknie. Pojechał na dół.
- Do zobaczenia. - mruknęłam cicho. Westchnęłam i skupiając się na zjeździe udało mi się bez jakichś większych wywrotek i przygód dotrzeć do kolejki na dole. Na jej widok opadła mi szczęka. O Boże, ile ludzi! Ja w tej kolejce będę stała godzinę! Jak to się stało, że Grace tak szybko doszła do końca? Nie łapię... Ale z drugiej strony, ona z tym jej 'urokiem osobistym' potrafi wszystko. Uśmiechnęłam się do siebie na myśl o przyjaciółce, która pewnie w tej chwili wyzywa mnie od najgorszych, bo właśnie zdaje sobie sprawę z tego, jak długo będzie na mnie czekać... A może nie?
Rose, pokaż na co cię stać!
Zdeterminowana zaczęłam moją akcję : dopchanie się do początku kolejki.
- Bardzo panią przepraszam. Oj, nie zauważyłam pana. Bardzo przepraszam... - te słowa, wypowiadane wraz z każdym potrąceniem przeze mnie jakiejś osoby wychodziły z moich ust automatycznie. Nie zastanawiałam się nad tym, czy faktycznie mówię do kobiety, czy też nie. Po prostu szłam naprzód. Oczywiście nie obyło się bez jakichś wyzwisk lub wrednych spojrzeń, ale mało mnie to obchodziło. Liczyło się teraz to, żeby jak najszybciej dojść do końca. Wiedziałam, że jeśli się odwrócę, to nie pójdę już dalej - weźmie mnie litość i przepuszczę jakieś małe dziecko, a potem już nie ma przebacz - dlatego parłam przed siebie z wysoko uniesioną głową. Kiedy zobaczyłam mój cel pożałowałam tego co zrobiłam. Tam było tak cholernie strasznie wysoko! Gdybym stała w tej głupiej kolejce, to może i Grace czekała na mnie całe wieki, ale przynajmniej mogłabym się przygotować do tego wjazdu psychicznie, a tak...
Niepewnie weszłam na podest i ze strachem patrzyłam kto będzie jechał ze mną. Jakiś chłopak. Super. Teraz to już na pewno będzie mój najgorszy wjazd w życiu. Weszłam na taśmę, usiadłam na krzesełku i zamknęłam oczy. Nie mogłam na to patrzeć. Kiedy zaczęliśmy się podnosić nie wytrzymałam i kurczowo zacisnęłam moje palce na nadgarstku chłopaka.
- Hej, spokojnie - usłyszałam miły głos tuż koło mojego ucha. Zaraz, ten głos! Ja go znam... Otworzyłam oczy i mało brakowało a bym spadła. Te oczy... Znowu patrzyły na mnie z uporem, czułam, że jego wzrok przeszywa mnie na wylot. - Jestem Ryan. - uśmiechnął się, co ja zaraz odwzajemniłam, z niejakim trudem.
- Rose - uścisnęłam jego prawą dłoń lewą ręką, bo moja prawa ciągle była zaciśnięta na jego nadgarstku.
- To w takim razie, Rose, opowiedz mi coś o sobie. Już drugi raz na siebie wpadliśmy, a pamiętaj, że dwa to przypadek, ale trzy to już przeznaczenie. Tak więc, słuc...
- To nie jest najlepszy moment, Ryan. - wymamrotałam cicho i skupiłam swój wzrok na mojej dłoni. Tylko za wszelką cenę, Rose, nie patrz teraz w dół!
- Boisz się, prawda?
- Jak cholera - wyszeptałam i próbowałam się skupić na niepatrzeniu w dół, co swoją drogą było trudne, czując na sobie wzrok bruneta.
- To spójrz mi w oczy, rozmawiaj ze mną i przede wszystkim się uspokój, Rose. Wysokość to naprawdę nic strasznego, powiedziałbym raczej, że tu jest nawet pięknie, wystarczy się rozejrzeć i przestaniesz zauważać same złe rzeczy. Zobacz, na przykład tam... - Ryan mówił, a ja siedziałam zasłuchana. Po pewnym czasie, faktycznie poczułam, że już się mniej boję, przestało mnie to przytłaczać. Zaczęłam się nawet rozglądać na boki i patrzeć na rzeczy, które mi wskazywał. To na jakąś góralską chatkę, to na ośnieżone szczyty gór, to na zamarznięte jezioro w oddali, raz nawet wypatrzyliśmy barana!
- Dzięki, Ryan. Już nie musisz. - przerwałam chłopakowi słowotok i uśmiechnęłam się do niego lekko. On spojrzał na mnie i widząc, że już się nie boję spróbował oderwać moją rękę od jego.
- Matko, przepraszam cię! - wzięłam moją dłoń. Na śmierć o niej zapomniałam! Cały ten czas moje palce zaciskały się na jego ręce, na pewno go to bolało, ale on nic nie mówił. - Na pewno cię uciskała, naprawdę, przepraszam cię bardzo. - patrzyłam skruszona w jego oczy.
- Nie przepraszaj, nic się nie stało, bałaś się, to ci pomogłem, nawet jej nie czułem. - uspokoił mnie chłopak.
- Dziękuję za to co dla mnie zrobiłeś. Wiem, że nie jest łatwo pomóc komuś opanować strach, kiedyś próbowałam pokazać przyjaciółce, że pająki wcale nie są takie złe, ale mi się nie udało. Ciągle na widok pająków piszczy i ucieka. - zaśmiałam się. - Dla mnie pająki to nic strasznego, po prostu żywe stworzenia, czasem obleśne, to fakt, ale nie zawsze. Czasem są całkiem ładne.
- Ładne? Pająki, ładne? Ładna, to jesteś ty, a nie jakieś tam pająki. Brrrr. - wzdrygnął się i spojrzał na mnie z błyskiem w oku, a ja się momentalnie zarumieniłam.
- Dziękuję. - spuściłam wzrok.
- Nie wstydź się tego, przecież to nic złego, że jesteś ładna. - spojrzałam na niego niepewnie. - Całkiem ładna. - zaśmialiśmy się oboje. Bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało. Nie był typem chłopaka, który na mój widok by się ślinił (tak, znałam takich, coś strasznego!). Był normalny, potrafił ze mną rozmawiać o wszystkim i to było w nim fajne. Pomijając sam fakt, że był zabójczo przystojny, oczywiście. Nie mogłam się na niego napatrzeć. Zwłaszcza na te jego oczy... Nie potrafiłam oderwać od nich wzroku. Działały jak magnez, tak jakby przyciągały moje i nie puszczały.
- Rose, halo. - machnął mi ręką przed oczami. Rozejrzałam się zdezorientowana.
- Co?
- Jesteśmy już. - uśmiechnął się. A tak, dojechaliśmy. Tak szybko mi ten czas minął!
Kiedy zeszłam z krzesełek i dotknęłam ziemi, poczułam ulgę. Niby się nie bałam w trakcie, ale jednak zawsze na ziemi najlepiej. I bezpieczniej.
- Rose! Rose, tutaj! - moja przyjaciółka machała energicznie rękoma, chcąc zwrócić moją uwagę. Odmachnęłam jej, żeby pokazać, że ją zauważyłam. Skinęłam na Ryan'a.
- Idziesz? To moja przyjaciółka, ta od pająków. - uśmiechnęłam się do niego delikatnie.
- Tych całkiem ładnych? - mrugnął do mnie.
- Dokładnie. - udałam, że nie zauważyłam jego gestu i po prostu pociągnęłam go za sobą.
- Grace to jest Ryan. Ryan, poznaj Grace. - przedstawiłam ich sobie. Podali sobie ręce i między nami zapadła cisza. Żadne z nich nie miało chyba zamiaru rozpoczynać rozmowy, a ja jakoś nie należę do osób, które są tzw. duszami towarzystwa.
- Em... Um... To co robimy? - jakimś cudem udało mi się odezwać. Uff... Błagałam ich wzrokiem, ale jakoś żaden z nich nie pałał się do tego, żeby mi pomóc. No dzięki...
- Nie wiem, możemy iść na kawę, co wy na to? - Grace patrzyła na nas wyczekującym wzrokiem, a ja patrzyłam tylko na Ryan'a.
- Ej, słuchajcie, ja nie chcę wam przeszkadzać. Idźcie same na tą kawę, ja nie muszę. - uśmiechał się do nas promiennie. - Poza tym, Rose, będziecie tu jutro, nie?
- No właśnie nie, wieczorem wyjeżdżamy. - spuściłam głowę w dół. Tak strasznie chciałam się z nim jutro spotkać! Ale niestety, tak miałyśmy zaplanowany wyjazd i tego raczej nie przesunę... Kurde. - Przepraszam, Ryan.
- Hej, ale to nie twoja wina! - podszedł do mnie i podniósł brodę do góry, tak, żebym patrzyła w jego oczy, co swoją drogą było dla mnie przyjemnością. Już ubóstwiam te jego czekoladowe tęczówki. - Poza tym, kto wie, spotkaliśmy się dwa razy, za trzecim to będzie już przeznaczenie. - wyszeptał mi do ucha, a ja poczułam stado motyli w brzuchu. - Do zobaczenia, Rose. Jestem pewien, że jeszcze się spotkamy. - musnął ustami mój policzek i odszedł... Odjechał.
- O kurde. Jeśli mi powiesz, że on ci się nie podoba, to chyba cię trzasnę, wiesz? - powiedziała Grace i roześmiała się głośno.
- To tylko kolega... - odpowiedziałam jej, choć sama nie wierzyłam w to co mówię. Byłam zakochana. Na zabój.

                        * * *

Szłam spokojnie ulicami Londynu. Tydzień temu wróciłam do domu i od tamtej chwili wysoki, przystojny brunet z ciemnymi oczami ani na chwilę nie opuścił mojej głowy. Myślałam o nim dzień i noc, nie mogłam przestać. To było jak uzależnienie. On był moim narkotykiem. A najlepsze było to, że prawdopodobieństwo, że spotkam kiedyś mojego księcia było bardzo nikłe. Praktycznie zerowe. Ile jest na świecie krajów, ile języków. Co prawda on mówił po angielsku tak, jakby to był jego narodowy język, ale przecież ja też całkiem sprawnie posługiwałam się francuskim... Dlaczego nie wzięłam od niego numeru? Dlaczego nie wpadłam na niego wcześniej?! Te pytania nie dawały mi spokoju. Gdybym została tam dłużej, gdybym... Och, to bez sensu. Muszę się po prostu pogodzić z tym, że już go nie zobaczę, muszę zakochać się od nowa, w kimś innym, a nie w kimś, kogo znałam 33 minuty. Dlaczego życie jest takie poplątane?
Doszłam do mojej ulubionej ławki w parku, była schowana w cieniu, w sumie to za kilkoma drzewami i naprawę trzeba się było bardzo wysilić, żeby ją dojrzeć. Odkryłam ją już dawno temu, nikomu o niej nie mówiłam, była taką moją tajemnicą, azylem, miała zapewnić bezpieczeństwo. Zawsze, kiedy czułam się, nie wiem, taka... Pusta? Tak to chyba dobre określenie. Zawsze, kiedy się tak czułam przychodziłam tutaj, czytałam książkę, albo po prostu rozmyślałam. Tak się złożyło, że w tym tygodniu byłam tu codziennie. Każdego dnia czułam się tak samo. Pusto.
Ale dzisiaj czułam w tym miejscu coś innego. Nie było tu tego zwykłego hałasu, śpiewu ptaków, dźwięku silników z oddali. Było cicho. Zdecydowanie za cicho. Tak jakby... Jakby coś się miało wydarzyć specjalnego.
- Rose? Nie wierzę... - w moim kierunku szedł wysoki, przystojny brunet z ciemnymi oczami. Ten z moich myśli, marzeń, wspomnień. Ten sam.
Nie myślałam co robię, uczucia zawładnęły mną całkowicie. Rzuciłam mu się w ramiona, a on okręcił mną dookoła. Nie ważne było to, że zachowujemy się jak dzieci, nie liczyło się to, że nie wiem skąd on się wziął. Liczyło się to, że tu jest.
- Dwa to przypadek, ale trzy to już przeznaczenie, pamiętasz? - wyszeptał mi do ucha. Znowu te motylki.
- Jak mogłabym zapomnieć? - spojrzałam w jego oczy i zobaczyłam w nich wielką radość, uczucie spełnienia i... Miłość?
- Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? - tak, to pytanie było zdecydowanie skierowane do mnie.
- Wierzę, Ryan. - nie powiedziałam nic więcej. To mu wystarczyło. Spojrzał mi głęboko w oczy i czule pocałował. Bez namysłu oddałam pocałunek. Chciałam, by ta chwila trwała wiecznie.
- Kocham cię, Ryan. - wyszeptałam.
- Też cię kocham, Rose. Nawet nie wiesz jak bardzo.

* * *

W końcu coś ode mnie :)) Taka krótka historyjka, mam nadzieję, że przypadła Wam do gustu! Piszcie swoje opinie w komentarzach! <3

Wasza Mary ;*

wtorek, 18 lutego 2014

                                ,,Powstanie jednorożców''


                      Jak powstały jednorożce? Ciekawe pytanie. No cóż opowiem o tym w skrócie. Było to tak. Pewnego dnia, a był to dzień bardzo deszczowy, wybrałam się z moim koniem-Klejnotem, na małą przejażdżkę po polanie.
                    Na początku był to kłus, lecz kiedy Klejnocik zaczął galopować, poczułam coś dziwnego. Było to coś, czego nie czułam nigdy i nawet już zapomniałam, że padający deszcz nadal moczy moją twarz. Nagle.... deszcz przestał padać i spojrzałam na mojego konia. Ujrzałam iż nie jest to zwykły koń. Przypominał on konia z bajki. Grzywa była srebrna, oświetlona złocistymi promieniami słońca i zalana lekkim, niebieskawym cieniem drzew. Jego sierść zmieniła barwę, na lekko zielonkawą, a on sam wyglądał prześlicznie. Pomyślałam sobie, że lepiej będzie zawrócić, lecz nie zrobiłam tego. Przecież taka okazja mogła już się nigdy nie zdarzyć, prawda? Jechaliśmy dalej, a słońce świeciło mi prosto w oczy. Kiedy zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć, Klejnot zaczął skubać trawkę. Ja również zgłodniałam( i to bardzo), ale nie miałam niczego do zjedzenia. Kiedy popatrzyłam w dół, ujrzałam malutki kwiatuszek. Był on fioletowo-czarny i przypominał fiołka, lecz gdy go dotknęłam, zmienił on barwę, na delikatny, srebrzysty ró
ż. Pokazałam go konikowi, a on parsknął nie odrywając oczu od tej roślinki. Klejnot dotknął go pyszczkiem i wtedy wydarzyła się rzecz niesamowita! Klejnot zamienił się w JEDNOROŻCA!!! Wskoczyłam na jego grzbiet i zabrał mnie z powrotem do domu.  Wbiegłam do domu krzycząc:
-Mama, Tato! Klejnot jest...- i tu urwałam, nie wiedząc, czy dobrze robię, mówiąc rodzicom o tym.
-Czym jest Klejnot?- zapytała mama.
-Nieważne-odpowiedziałam, a może lepiej jej powiem?- pomyślałam. Zdecydowałam, że na razie zachowam to w tajemnicy. Kilka dni później, gdy się obudziłam, poszłam do kuchni, gdzie zastałam mamusię.
-Mamo...-zaczęłam rozmowę-pamiętasz jak powiedziałam, ze Klejnot jest... i nie dokończyłam?
-Pamiętam kochanie- odpowiedziała mama-czy zdecydowałaś się już, aby mi to powiedzieć??
-Tak mamo, Klejnot jest Jednorożcem.
-Co takiego?-mama prawie krzyczała i była bardzo spięta-wybacz córeczko po prostu mnie zaskoczyłaś.
-Przepraszam mamo-odparłam- nie wiedziałam, że tak zareagujesz.
-To chyba fajnie, że mamy jednorożca-powiedziała mamusia
-Chyba tak- odpowiedziałam z uśmiechem na twarzy-choć mamo, pokarzę ci go. Razem z mamą wyszłyśmy na dwór, ale klejnot nie był już jednorożcem.
-Ale jak...?? Pamiętam dokładnie, że nim był!!!-szepnęłam ze zdziwieniem.
-Wierzę Ci córeczko-odpowiedziała mama
                                  Od tamtego wieczoru, każdego dnia, gdy wybierałam się z Klejnotem na ową polankę, i dotykałam taki właśnie kwiatek, następnie podając go konikowi, zamieniał się On w Jednorożca. 


niedziela, 2 lutego 2014

Zbieg okoliczności

Mack przejrzał się w lustrze uśmiechając się do siebie. Psiknął się ostatni raz perfumem i wyszedł z łazienki. Po chwili zastanowienia przebrał, w swoim pokoju bluzkę, na koszulę w biało-czarno-czerwoną kratkę, idealnie pasującą do czarnych spodni. Chłopak spojrzał na zegarek w komórce, była 19.15. Schował komórkę do kieszeni i ubrał zielone conversy za kostkę. Jednak po chwili zmienił buty na trapery w odcieniu cielistym. Włożył na siebie granatową bluzę z kapturem i omiótł wzrokiem swój pokój. Wszędzie walały się gdzieś ubrania lub rzeczy codziennego użytku. Miał tu posprzątać już od dłuższego czasu jednak nigdy nie znajdywał na to czasu. Mack się w końcu ruszył w kierunku drzwi. Kiedy miał już nacisnąć klamkę, drzwi się nagle otworzyły. Chłopak dostał w nos, aż się zachwiał.
- Ała! - krzyknął.
- Oj, sorki - powiedział wysoki brunet.
- Najpierw o mało mnie nie rozjechałeś samochodem, teraz to - powiedział Mack masując sobie nos - Niedługo to ty naprawdę mnie zabijesz.
- Nie rób nadziei. - odpowiedział chłopak, lecz po chwili powiedział z zatroskaniem - Może przyniosę lód na ten nos?
- Nie, nie. Nie trzeba. W sumie to muszę lecieć. - powiedział Mack robiąc krok w stronę wyjścia.
- Coraz rzadziej spędzamy ze sobą czas. Trzeba coś z tym zrobić. - odpowiedział jego brat, jednak widząc zniecierpliwione spojrzenie Macka ustąpił. - Dobra, no już leć. Pa!
- Dzięki. Cze! - odpowiedział i wybiegł zamykając za sobą drzwi.
Popędził w dół po schodach, zbiegając co dwa stopnie. Kiedy wybiegł z klatki schodowej poczuł zimny powiew dnia. Przystanek był dość blisko, więc chłopak spokojnie zdążył na autobus. Kiedy wsiadł do ciepłego i dusznego wnętrza pojazdu nie znalazł wolnego miejsca więc chwycił się rury. Nagle psiknął. Kilka osób odwróciło się na niego, lecz po chwili straciły zainteresowanie sytuacją. "Super, teraz jestem jeszcze przeziębiony" pomyślał. Na następnym przystanku wsiadły jeszcze trzy osoby, w tym jedna, tęga pani z pieskiem. Zrobiło się jeszcze tłoczniej. Mack przesunął się się w głąb autobusu. Na kolejnym przystanku wysiadł pan w średnim wieku, lecz wsiadły dwie dziewczyny. Głośno ze sobą konwersowały, śmiejąc się do tego. Za szybą autobusu leniwie przemykały drzewa, bloki i samochody. Kiedy pojawił się również kościół z wysoką wieżą pora było wysiadać. Otworzyły się już drzwi, więc Mack zaczął się szybko przeciskać do wyjścia jednak znajdował się w samym środku autobusu, a do tego pewna tęga pani stała na drodze do drzwi. Biedny chłopak musiał przeciskać się z zaciśniętymi zębami, mówią cicho "przepraszam". Był już w połowie drogi do drzwi, kiedy te zaczęły się zamykać. Mack się pośpieszył, lecz nagle się przewrócił na śliskiej i brudnej podłodze autobusu. Natychmiast wstał i pokonał ostatni odcinek trasy. Drzwi jednak się już zamknęły i autobus ruszył. Zdesperowany wciskał przycisk do otwierania drzwi. Jednak one ani drgnęły. Nie przejmując się zaciekawionymi spojrzeniami czekał na następny przystanek w zniecierpliwieniu.
Kiedy w końcu drzwi się uchyliły Mack wybiegł z autobusu i pobiegł w stronę przegapionego przystanku. Przbiegł jezdnię na czerwonym i jakiś samochód na niego zatrąbił zatrzymując się z piskiem opon przez samym chłopakiem. On jednak podniósł na chwilę ręce w obronnym geście i pobiegł dalej. Mijał spieszących się gdzieś ludzi, którzy szli w pośpiechu przez chodnik. Kiedy kogoś przez przypadek szturchnął to bąkał tylko "przepraszam" lub "sory" i biegł dalej. Po drodze spostrzegł jakieś stoisko z kwiatami. Zatrzymał się przy nim i kupił kilka czerwonych róż za 15 złotych. Trzymając kwiaty biegł już ostrożniej. W końcu znalazł miejsce w którym miał skręcić, więc odbił w lewo. Potem, klucząc miedzy uliczkami, trafił w końcu na miejsce.
Między dwoma, szarymi blokami rozstawiono drucianą siatkę. Przy niej i przy jednym z bloków stał plastikowy kontener na śmieci dostępny dla mieszkańców obydwu bloków. Za siatką znajdowała się wolna przestrzeń gdzie znajdowała się stara kanapa i rower bez opon i prawej połowy kierownicy. Najprawdopodobniej te rzeczy wyrzucono tu i o nich zapomniano. W zaułku jedną ścianą była druciana siatka, dwie były bokami bloków, a ostatnia była tylną ścianą od budynku w którym mieścił się teatr.
Mack podszedł do kontenera i odwrócił się do niego plecami tak aby jedną ścianę budynku mieszkalnego mieć przed sobą. Odetchnął głęboko trzy razy. "Dawno tego nie robiłem" pomyślał. Ruszył z miejsca biegiem. Zrobił dwa szybkie kroki, a następnie wybił się z prawej nogi. Lewą przyłożył do ściany bloku odbijając się nią. Po chwili zrobił salto w tył. Chciał stanąć nogami na kontenerze jednak ledwo go dotknął piętami. Pośliznął się i o mały włos się wywrócił na ziemię. Jednak wylądował na kontenerze plecami. Jęknął z bólu siadając na krawędzi kontenera, spuszczając nogi na dół.
- Oj, jednak dawno tego nie robiłem. Dawno. - powiedział cicho sam do siebie i wstał.
Stojąc na kontenerze przodem do drucianej siatki znowu zrobił krok i wybił się z prawej nogi. Lewą odbił się bokiem od ściany tym razem drugiego bloku i przeskakując w ten sposób przez siatkę dotknął nogami podłoża. Aby lepiej zamortyzować upadek zrobił jeszcze przewrót w przód po czym wstał.
- No. Przynajmniej to mi się udało - powiedział i usiadł na kanapie.
Popatrzył na kwiaty, które były całe zwiędłe. Westchnął i odrzucił je w kąt. Tutaj się czuł bezpiecznie. Popatrzył na siebie. Był cały ubrudzony od przewrotu w przód po brudnej i mokrej powierzchni. Nie mógł liczyć na to, że zachwyci wyglądem jednak się tym za bardzo nie przejął. Zazwyczaj właśnie tak wyglądał.
Teraz pozostało mu tylko czekać, więc usiadł wygodniej na kanapie.

*     *     *

Spojrzał już chyba po raz piąty na zegarek. Spóźniała się już pół godziny! Macka zaczęły nachodzić wątpliwości... Może jednak nie przyjdzie. Nie skorzysta z zaproszenia... Może już całkiem nie ma do niego zaufania. Może pomyślała, że będę ją próbował skrzywdzić? 
Co prawda, miał przy sobie podręczny nóż, jednak to jedynie na ewentualności. Przecież w tych czasach ulice nie są bezpieczne.
Mack wstał i już chciał sobie iść jednak usłyszał jakiś hałas. Wsłuchał się i usłyszał ożywioną rozmowę. Rozpoznał jeden z głosów. Był mu bardzo, bardzo znajomy.
- Zostaw mnie! - krzyknął damski głos
- Oddawaj kasę! - krzyknął tym razem męski głos
Mack bez wahania wskoczył na tapczan, i odpychając się od niego przeskoczył przez siatkę. Zahaczył prawą ręką o wystający drut i kiedy upadł na ziemię popłynęła mu obficie krew. Jednak nie zważał na to. Pobiegł za głosami, które słyszał. Skręcił w lewo i zobaczył jak mężczyzna około dwudziestki powoli zbliżał się do dziewczyny w jej wieku. Podbiegł do niej w biegu wydobywając podręczny nóż i stanął między nią, a mężczyzną.
- Zostaw ją. - warknął Mack trzymając w prawej ręce nóż tak aby ostrze było zwrócone do przeciwnika, a druga część żelaza przylegało do ręki.
- Spokojnie. Odłóż lepiej tą zabaweczkę, bo się skaleczysz - odparł tamten i wtedy Mack zauważył, że mężczyzna również trzyma nóż. Chłopak cicho przeklął.
- Idź stąd. Ja się tym zajmę - powiedział Mack zwracając się do dziewczyny. 
Odsunęła się na kilka kroków jednak nie uciekła tylko przyglądała się z przejęciem.
Mack zrobił krok w przód. Przeciwnik się rzucił na tamtego jednak chłopak zachował stoicki spokój i lekko wyminął napastnika łapiąc za nadgarstek rękę, która ściskała nóż. Mężczyzna od razu puścił ostrze. Mack w tym czasie trzymając jego rękę wygiął ją na plecach przeciwnika w bolesny sposób.
- Jeśli jeszcze raz Cię znajdę to pożałujesz. - chłopak szepnął mu do ucha cicho, lecz dobitnie po czym go puścił. Ten stęknął.
- Przepraszam, panienkę. - powiedział tylko i odszedł szybkim krokiem zostawiając swój nóż. 
Dziewczyna rzuciła się na szyję Macka. 
- Dziękuję! - cmoknęła go w policzek
On objął ją w pasie oszołomiony. 
- Nie ma za co. - powiedział rutynowo.
Nagle usłyszał za sobą odchrząknięcie.
Natychmiast się odwrócił.
Stała tam czarnowłosa dziewczyna z brązowymi oczami spoglądającymi na całą tą sytuację zza rogu budynku. Gdyby cofnęła się o krok oblałby ją cień i stałaby się niedostrzegalna na pierwszy rzut oka. Jednak teraz tam stała, bardzo dobrze widoczna. Mack był tak zdziwiony, że nie mógł wydukać z siebie ani słowa.
- A więc już zrozumiałam co masz mi do powiedzenia. - powiedziała Rebecka patrząc mu głęboko w oczy. - Dziękuję za wyjaśnienia, ale wystarczyłoby powiedzieć, że już nie chcesz mnie znać. 
- Ja... To nieporozumienie. - wydukał w końcu z siebie chłopak puszczając blondynkę. - Od jak dawna tu jesteś?
- Wystarczająco aby widzieć co między wami jest. - odparła dziewczyna.
- Słuchaj... On mnie uratował i jestem mu wdzięczna. Nie złość się na niego. - powiedziała blondynka.
- Z nami koniec, na zawsze. -  dziewczyna jakby nie słyszała słów blondynki obróciła się na pięcie i odeszła. 
Mack podbiegł do niej i stanął przed nią zasłaniając jej drogę. Nie wiedząc co zrobić i co powiedzieć objął ją w talii i dotknął jej ust. Czuł zapach jej perfum. Był jak narkotyk, taki przyjemny.
Nagle usłyszał jakby klaśnięcie, a potem piekący ból na lewym policzku. Został spoliczkowany. Rebecka patrzyła na Macka ze złością i gniewem odsuwając się od niego błyskawicznie. 
- Nie rzucaj się na pierwszą lepszą. - powiedziała wściekle przez zęby i wymijając chłopaka odeszła.
Mack nie chciał jej zranić i znowu do niej podejść, jednak w głębi duszy chciał ją zatrzymać.Stał jednak w miejscu. Blondynka podeszła do niego cichymi krokami. 
- Przepraszam - powiedziała cicho po czym odeszła w drugą stronę niż Rebecka. Mack usłyszał jak zabiera ze sobą nóż porzucony przez dwudziestolatka.
Elise była wyjątkową dziewczyną jednak nie była tą jedyną. Mack o tym wiedział. Zrezygnowany poszedł do zaułka zwyczajną drogą. Czyli normalnie podciągnął się o brzeg kontenera, po czym wskoczył na niego i przeskoczył w tradycyjny sposób drucianą siatkę. Położył się na kanapie i leżał tak dobre dwie godziny rozmyślając o całej sytuacji. Wydawała się beznadziejna. "Dlaczego nigdy nic nie pójdzie po mojej myśli?" zapytał siebie w myśli i wrócił do domu.

wtorek, 28 stycznia 2014

Parę słów od nas :)

Hej :))
Jak już pewnie zauważyłyście/liście - albo i nie - na tym blogu będą zamieszczane różne opowiadania naszego autorstwa. Niektóre będą miały parę części, a inne będą po prostu w postaci jednego posta.
Na razie będę pisała ja - Mary - i  Chocolate, która opublikowała już kawałek jej opowiadania :)) Będzie ona starała się dodawać w weekendy, ale niczego nie obiecuje <; Ja zobaczę kiedy coś wstawię, bo prowadzę jeszcze jednego bloga i muszę się jakoś wyrabiać. Czyli moje posty to będą 'niespodzianki' C:

Zachęcamy gorąco do czytania, komentowania i obserwowania naszej twórczości <3

           Wasze Mary i Chocolate :*

niedziela, 26 stycznia 2014

Nieoczekiwane spotkanie

Dzień był wietrzny i deszczowy. Słońce pojawiało się przez niewielkie szpary w chmurach jedynie pomiędzy ulewami. Ptaki gdzieś się pochowały i nie było słychać ich porannych treli. Zresztą i tak zagłuszyłyby je odgłosy żyjącego własnym życiem miasta. Pełno było donośnych hałasów, których zazwyczaj nie słyszymy będąc przyzwyczajonym do tego zgiełku: dzwonki tramwajów, szuranie nóg przeróżnych przechodniów, warczenie psa, pisk opon odjeżdżającego samochodu, rozmowy wielu ludzi, dzwonki różnych telefonów lub dźwięki dobywające się z kolorowych bilbordów.
Właśnie jedną z ulic tego miasta biegła Rebecka. Biegła ile sił, nie zważając, że biegnąc po kałużach jest cała ochlapana aż po uda. Sprintem już prawie dobiegła to przystanku autobusowego, lecz nagle rozbrzmiał dzwonek sygnalizujący zamknięcie drzwi. Dziewczyna dobiegła w samą porę, aby nie skutecznie wciskać przycisk służący do otwierania drzwi. Miała wybór: albo czekać 15 minut na następny autobus albo biec do następnego przystanku. Migiem podjęła decyzję stwierdzając, że nie może znowu się spóźnić.
Autobus jechał prosto, na skrzyżowaniu stał na czerwonym, a potem skręcał w prawo. Jednak ona miała szansę, biegnąc przejściem podziemnym, na skróty i bez zatrzymywania się na światłach.
Zbiegła szybko po schodach o mało nie wywracając się na nich. I znów zaczął się pościg za autobusem. Rebecka mijała spieszących się gdzieś ludzi pogrążonych we własnych myślach jednak jej jedynym celem na ten moment to: Nie spóźnić się na autobus. Kiedy dziewczyna o kruczoczarnych włosach dobiegła do schodów natychmiast zaczęła się po nich wspinać po dwa stopnie, a nieraz nawet po trzy. Wspięła się na szczyt i ujrzała sto metrów od siebie przystanek autobusowy. Sam autobus właśnie skręcał. Rebecka wzięła się w sobie i mimo kolki zaczęła znowu biec sprintem. Myślała jedynie o ciepłym, choć zatłoczonym miejscu w autobusie. Teraz zauważyła, że na przystanku jest jakaś starsza pani na wózku przygotowująca się do wejścia do środka tego transportu. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, bo to przecież zawsze przedłuży postój miejskiego pojazdu.
Teraz, już truchtem dobiegła do przystanku patrząc jak młody mężczyzna pomaga starszej kobiecie wsiąść. "Ha! No i zdążyłam!" pomyślała i z ulgą wsiadła do ciepłego wnętrza autobusu.


*     *     *


Autobus stanął. Kiedy tylko drzwi się otworzyły dość szeroko Rebecka wyskoczyła wręcz z autobusu. Miała trzy minut plus dwie minuty to spóźnienie nauczyciela. Kiedy dobiegła do szkoły puściła się pędem do szkolnych szafek. Odnalazła swoją.i szybko wykręciła swój kod na kłódce. Ta na szczęście puściła, lecz gorzej z otworzeniem szafki. Dziewczyna szarpała ją coraz bardziej aż nagle stały się dwie rzeczy naraz: donośnie zabrzmiał szkolny dzwonek i szafka puściła. Jednak kiedy tylko drzwiczki się otworzyły wysypało się pełno różnych kartek, książek i zeszytów. Rebecka przeklęła, jednak od razu zabrała się za sprzątanie co było trudne w całym zamieszaniu, w którym wszyscy uczniowie zaczęli naraz rozchodzić się w pośpiechu do swoich klas. Kiedy dziewczyna mniej więcej wszystko pozbierała wrzuciła wszystko z powrotem do szafki, rozebrała się z cienkiej kurtki i go również wrzuciła do wnętrza. Zamknęła za sobą szafkę, ruszyła biegiem do swojej klasy i tylko kątem oka zobaczyła swoją koleżankę, która dopiero co przyszła do szkoły i teraz walczyła ze swoją szafką. "Ok... co mamy pierwsze?... matma! Szybko!" Pobiegła pod salę skąd dobiegały dźwięki jeszcze nieuciszonych uczniów i otworzyła szybkim oraz zdecydowanym ruchem drzwi od klasy. Nagle wszystko ucichło i patrzyło się na nią około trzydzieści par ciekawskich i zaskoczonych oczu. Rzeczywiście, było na co patrzeć: zdyszana i lekko zaczerwieniona dziewczyna z rozczochraną fryzurą i przemoczonym ubraniem wkracza nagle do klasy jakby przed chwilą przebiegła maraton. Rebecka bąknęła tylko "Przepraszam za spóźnienie" i maszerując przez całą klasę na miejsce w przedostatnim rzędzie usiadła na swoim krześle pod oknem. Po chwili znowu zrobiło się głośniej. Matematyczka odczytała listę obecności, podyktowała do zeszytów temat i zaczęła swoją lekcję. Rebecka wszystko co trzeba notowała jednak myślami była gdzie indziej. W końcu spojrzała przez okno na otaczający ten budynek świat. Był taki... szary i nudny. Jednak od czasu do czasu działo się coś ciekawego: tutaj przelatywały przeróżne ptaki do swych pisklaków, a tutaj autobus ostro dał po hamulcach. To takie szczegóły codziennego dnia, które zawsze wyróżniają ten dzień od innych i wiesz, że nigdy nie zdarzą się te same, dwa identyczne dni... Dziewczyna nagle usłyszała swoje imię i nazwisko. Otrząśnięta ze swoich myśli niczym oblana lodowatą wodą, zauważyła, że pani się na nią patrzy, a w klasie jest zupełna cisza.
- Tak? - zapytała obawiając się najgorszego.

- Widzę, że bardzo uważnie śledzisz tok dzisiejszej lekcji. A jest dziś wyjątkowo trudne zagadnienie. Proszę, podejdź do tablicy i wyjaśnij wszystkim jak rozwiązać zadanie trzecie. - powiedziała nauczycielka, a dziewczyna już wertowała stary podręcznik w poszukiwaniu tego zadania. - Proszę, proszę. Już 20 minut lekcji minęło, a ty nawet podręcznika otwartego nie masz.

Rebecka podeszła do tablicy czytając treść zadania: "W rombie o boku długości 20 cm kąt ostry ma miarę 45 stopni. Oblicz długość promienia okręgu wpisanego w ten romb."
Dziewczyna chwilę myślała z kredą uniesioną w górze, tuż przy zielonej powierzchni tablicy... aż w końcu zaczęła pisać i rysować rysunek schematyczny. Całe zadanie rozpisała bez jednego zająknięcia. Kiedy skończyła odłożyła kredę, zamknęła podręcznik i bez słowa poszła na swoje miejsce.

- Mhm...Mhm... Mhm. - powiedziała tylko pani, która od zawsze nie lubiła tej dziewczyny. Według niej nad matematyką trzeba poświęcać jak najwięcej czasu, a Rebecka nie uważała na lekcji, a i tak jej wszystko wychodziło. Irytujące.
Dalsza część lekcji poszła gładko, bez większych nieprzyjemności dla Rebecki. Uczniowie wyszli z klasy, a Rebecka poszła razem z nimi pod klasę gdzie mieli mieć następną lekcję - historia. Tutaj dziewczyna nie czuła się już tak pewnie.



*     *     *

Rebecka wybiegła z szarego, zniszczonego budynku i w końcu poczuła świeże powietrze. Jak tylko oddaliła się trochę od szkoły zwolniła i teraz szła chodnikiem na przystanek autobusowy. "A może dzisiaj zobaczyć co tam słychać na boisku od kosza?" zastanowiła się, a po chwili już szła w tamtą stronę. Przeszła przez ulicę, a następnie minęła blok. Zatrzymała się w pół kroku. Na boisku grała pewna osoba z którą wolała się na razie nie spotkać. Szybko zawróciła. Jednak za późno. Już usłyszała za sobą krzyk:
- Rebecka! Poczekaj!
Ona już biegła mając nadzieję, że zdoła uciec. Szanse były znikome. Już słyszała jak ją dogania. Poczuła szarpnięcie za lewe ramię. Odwróciła się stając i patrząc mu w oczy.

- Przestań. To nie ma sensu. - powiedziała poważnie
- Chciałem... - patrzyła w jego brązowe oczy pełne szczerości - przeprosić.
- Pff... Nie zmienisz biegu zdarzeń.

- Ja naprawdę nie chciałem. - powiedział już mniej pewny siebie.
- Gdybyś nie chciał to byś tego nie zrobił! Puść mnie! - wyszarpnęła mu się, odwróciła i zdenerwowana zaczęła iść przed siebie.
On jednak nie chciał ustąpić. Pobiegł do niej, stanął przed nią i nie wiedząc co powiedzieć jedynie na nią patrzył smutnym wzrokiem, pełnym żalu. Po pewnej chwili otworzył usta i powiedział:
- Spotkajmy się dziś tam gdzie zwykle, zanim się nie pożarliśmy.
- To nie ma sensu, Mack. - powiedziała cicho lecz dobitnie. Po czym spojrzała mu ostatni raz w oczy i odeszła. 
Mack nie miał zamiaru jej zatrzymywać ani gonić, jedynie krzyknął:
- Będę czekać o 20.00!

Po czym stojąc tam jeszcze dobre kilka minut zaczął iść w przeciwną stronę. Wiatr wiał niemiłosiernie jednak on na to nie zważał. Przypomniał sobie ten wieczór w którym doszło do rozłamu pomiędzy nimi. Bardzo żałował tego co zrobił, chciał wszystko odkręcić jednak nie za bardzo wiedział jak ma to zrobić. "Dzisiaj wieczorem muszę jej wszystko dokładnie wytłumaczyć. Jeśli się nie powiedzie - trudno, będę musiał z tym jakoś żyć." pomyślał i wsiadł na swój rower pozostawiony przy boisku. Pojechał wprost do domu, po drodze rozmyślając o całej sytuacji, która miała nastąpić dziś wieczór, punkt 20.00.